2010 – PORTUGALIA, Wyspy azorskie


International Folklore Festival of Azores

Agnieszka Czapla

Myślę „Azory” i… ułamkosekundowy motyl w brzuchu wywołuje natychmiastowy uśmiech. To reakcja bezwarunkowa. Zasługa nieświadomych asocjacji. Wspomnienia o wyraźnych kształtach muszę jednak przywołać sama. Przez dwa tygodnie naszego pobytu na Azorach działo się tak wiele, że nie sposób przytoczyć wszystko. Opiszę ten wyjazd bardzo wyrywkowo, licząc na to, że to co przetrwało w mojej pamięci, było z jakiejś przyczyny najciekawsze.

Początkowo wspomnienia wyciekają ze mnie powoli. Są w nich zmieszane ze sobą, trudne do zidentyfikowania miejsca i sytuacje. Po chwili jednak nabierają wyrazistości. Pierwsze wrażenie było średnie. Po wizycie w słonecznej Lizbonie, Terceira wydała mi się ponura i bardzo europejska. Lekka mgła, drobny deszcz, zachmurzone niebo. Wszędzie pola, a na nich kamienne labirynty o niskich ściankach. Gdzieniegdzie krowa, rzadziej skrzyżowanie ulic. Przez całą wyspę przejechaliśmy w pół godziny.

Zarówno pogoda, jak i moja ocena miejsca szybko się poprawiły. Wystarczył jeden spacer nad Atlantyk. Przechadzka po udekorowanych na festiwal uliczkach. Lokalne piwo w małym barze przy plaży. I tak zaczął się trwający przez dwa tygodnie wir tańca, plażowania, imprez, wycieczek, walk byków i nieograniczonych ilości warzyw z oliwą.

Uroczyste otwarcie festiwalu. Impreza z pompą. Szliśmy w wielonarodowym korowodzie w ludowych strojach, śpiewając. Wąskie uliczki ozdobione  lampionami i kolorowymi płachtami wywieszonymi przez autochtonów w oknach. Co chwilę przystanek na krótki koncert. Potem pokaz sztucznych ogni. Mieszkańcy Terceiry witali nas jak długo oczekiwanych gości.

Spaliśmy w szkole. Dziewczyny zajmowały dwie klasy. Chłopaki jedną. Spać było ciężko- na dole imprezy trwały do bladego świtu, ale mało komu to przeszkadzało. Wstąpiły w nas jakieś nadprzyrodzone siły. A jak już się spało, to twardo i głęboko.

Nie pamiętam, czy mieliśmy dużo koncertów, ale pamiętam, ze mieliśmy dużo imprez i oglądaliśmy wiele walk byków. Na plaży, w busie na małym telewizorku, na wycieczce. Przypominam sobie obdrapaną, brudnoróżową arenę, po której biegały wychudzone byczki, prowokowane przez przypadkowych torreadorów. My wokół podsmażaliśmy się na słońcu, siorbiąc ciepłą colę. Chłopcy obnażali piersi, po to by sformować na głowie fikuśne turbany z t-shirtów. Betonowe schody parzyły w uda. Grześ miał kapelusz w stylu hawajsko- wędkarskim. Dziuban schowana w cieniu cykała byczkom zdjęcia. Krowy i byki znajdują się na większości pamiątek, które były tam do kupienia. Siostrzenicy przywożę więc koszulkę z krową. Bardzo podobną do tej, którą mogę kupić na warszawskim bazarze.

Co do imprez- co wieczór organizował je inny kraj. My częstowaliśmy smalcem, ogórkiem i wódką, Meksykanie tequilą. Resztę trunków i dań trudno było rozpoznać. Zaczynało się wprawdzie muzyką ludową, graną na żywo, ale potem i tak kończyło na międzynarodowych przebojach- jak chociażby Waka Waka- do którego zawsze zsynchronizowani Włosi mieli własny układ. Na polskim wieczorze, tańczyliśmy spisz do podkładu Darka w wersji elektro. Chłopcy zrobili wszystko by utrwalić obraz Polaka- obciacha.  Koszulki w spodenki, sandały na skarpety. Łapy w kieszeniach, głos kibica. Zanosiliśmy się śmiechem, na szczęście nie tylko my.

Po całonocnych podrygach  kto miał siłę, albo wystarczającą ilość alkoholu we krwi, ruszał na plażę na wschód słońca. I na kąpiel w oceanie.

Przebojem okazały się skutery wodne. Kto nie jeździł, ten trąba. Adrenalina i świadomość otwartego oceanu przed sobą robią swoje. Mniej odważna, ale równie wakacyjna była wycieczka motorówką na spotkanie z delfinami. Były kolejki i kłótnie o to, kto siedzi na dziobie. Tam najlepiej czuło się szybkość i delfiny można było prawie musnąć stopą. Każdy kto miał aparat, ma też dziś zdjęcie delfinów.

Myślę „Azory” i teraz już bardzo wyraźnie widzę nasz zespół. Jak siedzimy na plaży z ręki do ręki podajemy sobie cierpkie wino. Jak dajemy koncert na szklankach, butelkach i blacie stołu. Jak Marcin Król przebiera się za Meksykankę i zostaje królową wieczoru. Pobyt na Azorach przywołuje uśmiech, może przede wszystkim dzięki ludziom, z którymi tam byłam.

Kiedy skończył się festiwal, przeprowadziliśmy się na dwie noce do hostelu. Nie dość, że pokoje były luksusowe(a przynajmniej takie wydawały nam się po mieszkaniu w szkole), to hostel znajdował się tuż nad brzegiem Atlantyku. Na dachu miał taras, na którym siedzieliśmy w ostatnią noc pijąc wino i śpiewając. Terceira to kolejne takie miejsce, że przed wyjazdem człowiek się zarzeka: Wrócę!